piątek, 7 grudnia 2012

Rozdział II "W końcu spotkamy tę osobę, która jest naszym klonem"

USA, dom Gilbertów:
Więc mieszkam w USA, w ładnej dzielnicy na obrzeżach Nowego Jorku.
Obudziłam się, bo akurat dzisiaj miałam lecieć na wakacje do taty, który mieszka dość daleko ode mnie... w Londynie. Ubrałam się w to i poszłam na dół do mamy. Na stole ujrzałam przygotowane dla mnie śniadanko, czyli naleśniki z syropem klonowym i kakao, moja ulubiona porcja dnia. Mama oczywiście zrobiła je na pożegnanie. Moi rodzice się rozwiedli, więc w roku szkolnym jestem u mamy, a na wakacje najczęściej, choć nie zawsze jadę do taty.
- Na pewno chcesz jechać do Londynu? - spytała mama.
- Tak - odrzekłam, mając w buzi pełno jedzenia.
Mama zaśmiała się i znów się odwróciła, kontynuując zmywanie naczyń. 
Po kilku minutach odeszłam od stołu i poszłam na górę po moją dużą torbę, którą miałam już gotową tydzień temu. Tak, bardzo często to robię. Powoli schodziłam w dół, a za mną dochodził dźwięk zjeżdżającej torby podróżniczej. Buty miałam już na sobie, więc stanęłam w drzwiach, a mama stała naprzeciw mnie. W pewnej chwili jej wzrok zwrócił się w stronę obrazka, na której byłam ja. 
Zdjęcie to zrobione było z tydzień temu. Mama chciała mieć moje zdjęcie, na które będzie patrzeć całymi dniami, kiedy nie będzie mnie w domu. Mówiła, że zawsze będę w jej sercu. Nagle poczułam jej dotyk rąk na moich plecach. Nim się obejrzałam byłam już w jej ciepłych ramionach.
- Kocham cię - wyszeptała mi do ucha - bądź ostrożna.
- Też cię kocham, mamo.
Odsunęłam się od niej łagodnie, a ona pocałowała mnie w policzek. Otworzyłam drzwi i ostatni raz na nią spojrzałam. Zamknęłam drzwi. Czekała już na mnie taksówka na lotnisko. 

30 minut później.

Wysiadłam z taksówki i podałam pieniądze chłopakowi, który mnie tu przywiózł. Poszłam do wielkiego budynku, a następnie ruszyłam w stronę kasy. Czekała na mnie duża kolejka, ale dość szybko się zmniejszała. Nim się obejrzałam już byłam na przeciw pani, u której mam kupić bilety na lot. Podałam jej pieniądze, a ona mi ten bilecik. Poprawiłam swoje kasztanowe włosy i poszłam do samolotu. Weszłam do środka samolotu i usiadłam obok jakieś dziewczyny, która wygląda mniej więcej na 18 lat. Pogadałam z nią sobie.

Kilka godzin później, Londyn.
Wysiadłam z samolotu i pożegnałam się z blondynką, z którą rozmawiałam w czasie lotu. Podała mi swój numer telefonu, a ja zrobiłam to samo. Szukałam taty na całym lotnisku. W pewnej chwili zobaczyłam go, stojącego z jakąś panną. Nie ważne, myślałam, że to koleżanka. Podeszłam do niego i go przytuliłam. 
- Hej kochanie - odezwał się.
- Cześć, tato!
- Chciałem ci przedstawić Julię.
- Ymm, miło mi, jestem Samantha - podałam jej rękę.
- Wiem jak masz na imię - uśmiechnęła się.
- To moja żona, Samantho - powiedział tato po pewnej chwili.
- Że co? - krzyknęłam. - przesłyszałam się?
- Nie.
- Straciłeś rozum czy co? Z taką.. lalą? - wściekła nie mogłam powstrzymać emocji, i nawet nie obchodziło mnie to że ona tam stoi i to wszystko słyszy.
- Samantho! Przestań. - odparł niezadowolony ojciec.
- Jasne, lepiej nie będę się kłócić w miejscu publicznym.
Na przeciw nas stał Range Rover ojca, którym mieliśmy dojechać do jego domu. 

20 minut później.

Zatrzymaliśmy się na dużym osiedlu, gdzie ujrzałam wielki dom mojego ojca, jak zawsze piękny. Tata wziął bagaż, a ja ruszyłam w stronę wejścia. Kiedy drzwi zostały otwarte, poszłam od razu do pokoju, w którym mieszkałam
odkąd skończyłam 16 lat. Odłożyłam bagaże i się przebrałam w to i zeszłam na dół. Zobaczyłam jak tata ogląda telewizję z tą babą, więc ja wyszłam, tak aby nie wiedzieli o tym. Zamykając drzwi westchnęłam i ruszyłam w stronę wspomnień, czyli do okolic Hales Of Diana. Chciałam znów poczuć dzieciństwo. 

40 minut później

Bardzo dużo kilometrów przeszłam, aby zobaczyć tę dzielnicę, ale cóż... opłacało się. Po drodze zobaczyłam tyle wspaniałych zabytków, jak i budynków. Ah, kocham Londyn, to mój dom. Zobaczyłam nagle plac zabaw, na którym bawiłam się w dzieciństwie. Usiadłam na ławce. Pamiętam jak zawsze tutaj bawiłam się z Harrym. Tak bardzo wspominałam to wszystko, że aż poleciała mi łza. Nikogo nie było na tym podwórku, ale musiałam już iść. Mało się nasiedziałam, ale niestety tata będzie się martwił. Wstałam i ruszyłam gdzieś, gdzie moja głowa mnie prowadzi. Nagle zwiało mi czapkę i poleciała na ziemię. Podeszłam kilka kroków dalej i się zgięłam, aby ją podnieść. Trzymając ją, strzepałam liście które na niej były. Nałożyłam ją sobie i nic nie widziałam, było czarno. W pewnej chwili poczułam ból. Kiedy zdjęłam czapkę zobaczyłam chłopaka.
Pomógł mi wstać. 
- Przepraszam - powiedział chłopak.
- To ja przepraszam.
- Nic ci nie jest?
- Nie, w porządku - założyłam czapkę. 
- Jestem Harry - podał rękę.
Odsunęłam się od niego szybko, a moje oczy przybrały wyraz pięciozłotówek. Czy to Harry? Ten Harry z dzieciństwa? Ale przecież to nie możliwe, on nie żyje! 
- W porządku? - odezwał się po chwili.
- T-tak - popatrzałam w dół  - Harry.
- Słucham.
- Przepraszam, ja jestem Samantha...
Ten zrobił to samo co ja, jego twarz również przybrała wyraz zdziwionej.  Nagle się otrząsnął. 
- Coś się stało? - zapytałam.
- Nie, po prostu moja przyjaciółka zginęła w wypadku samochodowym  wiele lat temu i ty... nosisz jej imię - spuścił głowę w dół.
Wtedy zrozumiałam, że on czuje to samo co ja. Jego przyjaciółka i mój przyjaciel też zginęli w wypadku.
- Harry, ja... mój przyjaciel.. ja miałam też przyjaciela i on również nie żyje. Przykro mi.
Nagle się uśmiechnął i popatrzał na mnie. 
- Mamy wiele wspólnego - odezwał się.
- Tak - zarumieniłam się, gdy zobaczyłam jego dołeczki w policzkach. Boże, jakie to słodkie.
- Dziwi mnie tylko jedno - powiedział po chwili.
- Co?
- Nie chcesz autografu.
- Od kogo?
- Nie rób se jaj.
- Nie wiem, serio. Jaki autograf i od kogo? - zaczęłam się śmiać.
- Ode mnie! - zrobił poważną minę.
- Ty jesteś gwiazdą?
- Tak, należę do One Directon, to taki zespół.
- Nigdy o nim nie słyszałam, sory - uśmiechnęłam się.
- Dobra wybaczę ci - zaczął się śmiać. 
- Wiesz co? Ja muszę już lecieć do chłopaków.
- Jakich chłopaków? Jesteś gejem? - zdziwiłam się.
Ten popatrzał na mnie oszołomiony, po czym zaczął się śmiać jakby nigdy nic.
- Ej no przestań, pytań poważnie - odparłam.
- Nie jestem gejem, idę do chłopaków z mojego zespołu.
- Aa, sory.
- Dobra idę, bo się znów spóźnię. - przytulił mnie.
Po pewnym czasie już go nie było, a ja ruszyłam w stronę domu.

40 minut później byłam w domu, gdzie tata zrobił mi awanturę.
- Samantho, gdzieś ty była? 23 jest!
- Idę spać, cześć - ruszyłam w stronę mojego pokoju i się zatrzasnęłam. Mojego taty nie było już słychać. Jak zawsze musiałam go zlekceważyć, no ale cóż zawsze to robię. Przebrałam się w pidżamkę i poszłam spać. Ciągle myślałam o tym chłopaku z placu zabaw, aż przez tę historię zasnęłam. 

czwartek, 29 listopada 2012

Rozdział I "Niby wspomnienia wracają w nieodpowiedniej chwili..."

Jestem Samantha, czyli inaczej Sam. Jestem 19-latką, która życie uważa za wielkie bagno. Wiele lat temu straciłam kogoś tak ważnego, nie wyobrażam sobie życia bez niego. To wszystko przeze mnie, nie chciałam, aby tak wyszło. Chciałabym to opowiedzieć od nowa...

1999 rok, grudzień, plac zabaw na dzielnicy Hales Of Diana.

Śnieg padał tak mocno, że aż nie widziałam, gdzie idę. Miałam wtedy 8 lat. Usiadłam na pobliskim placu zabaw, który otoczony był drewnianym płotkiem, lecz nie było go widać, przez to, co się działo w tamtej chwili. Londyn wyglądał idealnie w zimę. Big Ben był ośnieżony, i padało na niego światło z dołu. Huśtając się na ławce, myślałam co zrobię dalej, by pójść do domu, bo w tej pogodzie go na pewno nie odnajdę tak szybko. Nagle, patrząc się w dół na moje czarne kozaczki, usłyszałam czyjeś kroki. Lekko spojrzałam w lewo i moim oczom ukazał się słodki brunet, z lekkimi pokręconymi końcówkami u włosów. Usiadł obok mnie i zaczął patrzeć się w księżyc, który widniał na czarnym niebie. Nastała cisza, którą w pewnej chwili przerwałam.
- Kim jesteś? - zapytałam ocierając swoje rękawiczki.
- Jestem, jestem, yy. 
- Ja jestem Samantha, dla niektórych Sam, a nawet wymyśliłam swoją własną ksywkę, Sammy.
Chłopak spojrzał na mnie swoimi zielonymi oczami, jakby nie wiedział co się dzieje.
- Sammy... - odezwał się.
- Tak?
- Jestem Harry. - spuścił głowę w dół.
- Wszystko dobrze? - spytałam.
- Tak, w-wszystko dobrze.
- Hej, czemu się denerwujesz, kiedy do ciebie mówię?
- Nie denerwuję się, tylko po prostu mi zimno.
Zaczęłam się śmiać, że aż spadłam z huśtawki i wlepiłam się w głęboką 'kulkę' śniegu. 
Zielonooki szybko wstał i podał mi rękę. Ja otrzepując się, powiedziałam:
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się.

Znów we dwójkę usiedliśmy na huśtawkach. Rozmawialiśmy wiele godzin. Szkoda było, że nie mieszkam w tej dzielnicy. Zawsze przyjeżdżam tu na ferie, wakacje, lub w inne wolne dni, bo bardzo dobrze spędzam tam czas. Zatrzymuję się na tam u babci, Ariany. Mam z nią dobre relacje, nawet lepsze niż z matką, bo ojciec nie żyje. Zginął, kiedy miałam 3 lata w wypadku samochodowym. Około 2 w nocy, przyszli po nas opiekunowie, czyli moja babcia i jego mama. Oboje byli zdziwieni naszym wspólnym towarzystwem. Kiedy szłam z babcią do mieszkania, usłyszałam jeszcze wcześniej docinki od jego mamy na mój temat. Byłam wtedy smutna słysząc to, bo kazała nam się nie spotykać. Czy to takie złe, że to jedyny chłopak, który rozumiał mnie w stu procentach? 

2001 rok, London, lato, Hales of Diana.

Miałam 10 lat, kiedy znów przyjechałam do Hales Of Diana. Wtedy były wakacje. Ruszyłam od razu w stronę placu zabaw na tej dzielnicy, by odszukać mojego starego przyjaciela. Zobaczyłam go, który huśtał się na tej samej huśtawce, co dwa lata temu. Trzymał patyka i pisał coś na ziemi. Podeszłam wolnym krokiem, a zarazem cichym, aby mnie nie usłyszał. Zobaczyłam, że pisze "Harry longs for Sammy". Uśmiechnęłam się.
- Ja też za Tobą tęsknię - odezwałam się. 
Chłopak szybko odwrócił głowę w moim kierunku.
- Sammy! - krzyknął, po czym wstał i mnie przytulił. 
Ja i Harry utrzymywaliśmy stały kontakt, mimo że bliscy z rodziny kazali nam zakończyć tę przyjaźń.

2002 rok, London, lato, wybrzeża miasta.

Pamiętam, że to jeden z najgorszych dni w moim życiu. Wtedy wszystko się stało, wszystko straciłam na zawsze. Byłam na wybrzeżach miasta Londynu z Harrym, i chodziliśmy razem po torach. Niby wszystko w porządku, ale było coś, czym się martwiłam. Byłam wtedy zakochana w Harrym, ale ukrywałam to. Nie chciałam niszczyć tego, co przeżyliśmy. W tym miejscu bardzo dobrze się bawiliśmy. Nadszedł czas na odpoczynek. Ja i mój przyjaciel usiedliśmy na kamykach i oglądaliśmy wspaniały zachód słońca. W pewnej chwili przytulił mnie i poczułam jego zapach, który znam już wiele dobrych lat. 
- Muszę ci coś powiedzieć - uśmiechnął się. 
- Tak? - uśmiechnęłam się jeszcze bardziej, bo miałam nadzieję, że to, co mi powie to coś dobrego.
- Ja się cieszę z tego powodu, i mam nadzieję, że ty też będziesz.
- Mów, Harry - popatrzałam w jego zielone oczy.
- Mam dziewczynę.
Tamta chwila była jedną z najgorszych. Coś we mnie pękło. Popatrzałam w dół i moje oczy zaczęły napływać łzami. Twarz okryłam rękoma, wmawiając sobie, że to zły sen.
- Sam, wszystko w porządku? - położył dłoń na moim ramieniu.
- Nie! Nie jest w porządku! - krzyknęłam, aż 11-latek podskoczył - ja.. ja myślałam, że będzie inaczej, że... poczuję wreszcie radość, którą możesz mi dać od innej strony. Ale oczywiście nie!
- Sa-Sammy? O co ci chodzi? - powiedział zmartwionym głosem.
- O nic, nie musisz tego wiedzieć. - otarłam łzy - lepiej będzie, jak zakończymy przyjaźń. 
- Co? Ale Sammy...
- Skończ. 

Odchodząc od niego, rzuciłam na tory łańcuszek z inicjałami "S+H", który podarował mi na moje 9 urodziny. Harry widząc to, popłakał się niczym dziecko, którym... był.
Byłam już w domu i pierwsze co, to rzuciłam swoje czerwone trampki gdzieś w kąt, i poszłam do łazienki. Płakałam, i nic nie mogłam na to poradzić. Nie chciałam, aby mama usłyszała, co robię... ale niestety. Usłyszała. 
- Wszystko w porządku, kochanie? - usłyszałam głos zmartwionej mamy.
- Tak - odpowiedziałam.
- Wyjdź proszę z łazienki.
Szybko odłożyłam mokry ręcznik, i otworzyłam powoli drzwi. Widząc kątem oka mamę, ruszyłam szybkim krokiem do dużego pokoju, ale w drodze zatrzymała mnie moja matka.
- Samantha! Co jest? 
- Nic, mamo.
- Odwróć się, proszę.
No cóż, odwróciłam się. Mama spojrzała na mnie zaskoczona i szybko podeszła do mnie. 
- Co ci się stało, dziecko - dotknęła mojego policzka. - kto ci to zrobił?
- Nikt!
- Pewnie ten Harry!
- Nie.
- Dziecko, kłamiesz!
- Proszę cię mamo, przestań.
- Jak mam przestać, nie pozwolę, aby on coś ci zrobił.
- Ale... - nie dokończyłam, bo mamie zadzwonił telefon.
- Halo? Co? 
W pewnej chwili mojej mamie upadł telefon na podłogę. Spojrzała na mnie z otwartą buzią. Nie miałam pojęcia, co się stało.
- Maaamo - wyciągnęłam.
- H-H-Harry ... on... nie żyje.